Mój pierwszy raz z samoopalaczem


URODA / 7 Czerwiec, 2019

Zdrowo wyglądająca skóra z odrobiną koloru przez cały rok? Biorąc pod uwagę wyposażenie sklepów kosmetycznych, można śmiało powiedzieć, że wszystko jest możliwe. Na dzień dzisiejszy mamy do wyboru masę różnego rodzaju wspomagaczy, które gwarantują opaleniznę nawet zimą. Począwszy od olejków, aż po pianki, dzięki którym jesteśmy w stanie zmienić kolor skóry nawet na kilka dni. Jeszcze niedawno dość sceptycznie podchodziłam do tematu i byłam zdania, że “sztuczna” opalenizna nie jest w stanie zastąpić naturalnego muśnięcia słońcem. Co jednak skłoniło mnie do zmiany decyzji?

Notino.pl wprowadziło nową markę do swojego asortymentu – NKD SKN, która specjalizuje się właśnie w produktach samoopalających. Z tej okazji dostałam paczuszkę z pianką i żelem oraz rękawicą do aplikacji. Powiem Wam, że uwielbiam testować produkty, które są dla mnie zupełnie nowe. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z samoopalaczami, więc pierwsze zetknięcie z tym produktem było dla mnie co najmniej śmieszne 🙂 Jesteście ciekawe co ‘laik’ ma do powiedzenia w tym temacie? Koniecznie zajrzyjcie dalej!

NKD SKN NATURAL TAN MOUSSE 

Zacznę może od konsystencji, bo podejrzewam, że jest to kluczowa kwestia w tego typu produktach. Pianka jest bardziej lejąca niż zbita, co na pewno ma pozytywny wpływ na rozprowadzanie po skórze. Absolutnie nie jest tłusta, więc nie pozostawia oleistej powłoki na ciele. Dość szybko się wchłania, a skóra po nałożeniu się nie klei i jest aksamitnie gładka. Kolor jaki posiadam to ‘medium’ i po tych dwóch użyciach doszłam do wniosku, że spokojnie mogłabym mieć odcień ciemniejszy. Wydaje mi się, że miałby w sobie więcej brązowych, niż pomarańczowych tonów. ‘Medium’ bezpośrednio po aplikacji wpada w pomarańcz – na całe szczęście po pierwszym myciu opalenizna wygląda już naturalnie. Aplikacja jest niesamowicie prosta! Trzeba pamiętać o dobrym przygotowaniu skóry dzień wcześniej: depilacja, peeling i maksymalne nawilżenie. Za pomocą rękawicy wmasowuję piankę w nogi (odważyłam się na pokrycie tylko tych miejsc). Staram się poświęcić temu sporo czasu, żeby nie powstały smugi i aby produkt rzeczywiście wsiąknął w skórę, a nie został tylko na jej powierzchni. Jeszcze nie rozpracowałam tej techniki w 100%, bo w pojedynczych miejscach mam drobne plamki, gdzie samoopalacz nie chciał się przykleić. Mimo wszystko uważam, że jak na totalną amatorkę – idzie mi to całkiem sprawnie 🙂 Jeżeli chodzi o zapach: jest niemiłosiernie śmierdzący. Po 2/3 myciach się ulatnia, co nie zmienia faktu, że przez pierwsze dwie doby jest to dość niekomfortowe. Natomiast gdyby pominąć tą kwestię to uważam, że sprawdza się bardzo dobrze. Sam w sobie utrzymuje się na skórze jakieś 5 dni. Teraz dodatkowo dzień po aplikacji dołożyłam żelu brązującego z tej samej marki i jestem zakochana w efekcie. Na pewno będę stosować go teraz regularnie 🙂 Używacie wspomagaczy koloru?


7 Komentarze do “Mój pierwszy raz z samoopalaczem”

  1. Jestem z tych szczęściarzy, którzy bardzo szybko sie opalają i jedno całodniowe wyjcie na słonce (poruszanie się po mieście ze znajomymi) poskutkowało, że jestem opalona tak jak ty, po 3 dniu aplikacji 🙂 Super, że u Ciebie się sprawdza, ale osobiście samoopalacze nie są mi potrzebne

  2. Takie produkty są dla mnie niezastąpione.
    Naturalna opalenizna nie wchodzi nawet w grę, mam bardzo czułą i wrażliwą skórę, a raz “nabawiłam” się oparzenia słonecznego…
    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

  3. Wow! Mam wrażenie, że ta pianka cudownie się rozprowadza i działa *.* do tej pory stosowałam tylko jednorazową formę i rajstopy w sprayu, które jednak mnie nie zachwyciły :<

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.